04.04.2021

Pora na kolor

Barwa (także kolor) – wrażenie psychiczne wywoływane w mózgu, gdy oko odbiera promieniowanie elektromagnetyczne z zakresu światła widzialnego. Główny wpływ na to wrażenie ma skład widmowy promieniowania świetlnego, w drugiej kolejności ilość energii świetlnej, jednak niebagatelny udział w odbiorze danej barwy ma również obecność innych barw w polu widzenia obserwatora, oraz jego cechy osobnicze, jak zdrowie, samopoczucie, nastrój, a nawet doświadczenie i wiedza w posługiwaniu się zmysłem wzroku. Widzenie kolorów to wyłącznie subiektywne wrażenie psychiczne powstające w mózgu człowieka (a także części zwierząt). [Za wikipedia.pl].

Przychodzi wiosna i jak co roku mam ochotę założyć coś super mega ekstra kolorowego, ale też wygodnego i lekkiego i zrzucić te wszystkie warstwy. Najlepiej, żeby to coś było cienkie i przewiewne, ale jednak nie za bardzo, trochę mimo wszystko ciepłe, bo kwiecień jeszcze lubi zaskoczyć śniegiem w środku słonecznego dnia. No i żeby nie było dresem, bo choć uwielbiam dresy, to po długiej zimie mam ich delikatnie mówiąc dosyć.

Na początku kwietnia zazwyczaj też czuję, że zaczynam „nosić” swoje ciało inaczej, niż przez kilka ostatnich miesięcy. Czuję się lżej, lepiej, weselej, nie kulę się w sobie, chroniąc każdą iskierkę wewnętrznej energii i ciepła, łatwiej się prostuję, krok staje się jakiś taki lżejszy, kończyny mniej zdruciałe. W takich momentach zdecydowanie czuję, jak bardzo jestem ssakiem. Malutkim elementem tej cudownej, wielkiej machiny, który choć niby skomplikowany, z wieloma warstwami, jest w sumie bardzo prosty, skoro działa na niego słońce, dłuższy dzień i rześkie powietrze.

Mam trochę takich ubrań, które od razu poprawiają mi nastrój swoim kolorem, co ciekawe, w ogóle nie jestem w stanie ich nosić zimą. Są wtedy jakoś kompletnie bez sensu i nie na miejscu. Ale wiosną? Wiosną wszystko wygląda lepiej.

Różowy żakiet z New Look ma już co najmniej osiem lat. Jest czystym, żywym plastikiem, akryl totalny, wygląda dobrze wyłącznie rozpięty, trochę boję się go wyprać, bo obawiam się, że mógłby tego nie przeżyć… ale i tak go lubię, właśnie za ten żarówiasty róż.

Bluzka jest od Risk made in Warsaw, z kolekcji POŁĄCZ KROPKI. Jest dokładnie tym, co w łączeniu kolorów lubię najbardziej, czyli wersją „ile kolorów na raz jesteś w stanie na siebie założyć”? Cała ta kolekcja pokazuje śmiałe zestawienia kolorystyczne (i jest pełna uroczych kropek, a może raczej plamek), ale bluzka, dodatkowo łącząca różne bloki kolorów jest moim zdaniem najlepszym i najbardziej wyróżniającym się elementem kolekcji. Uwielbiam. 

Spodnie kupiłam na Allegro. W ubiegłym roku miałam silną potrzebę kupienia sobie zielonych spodni (nie pytajcie dlaczego, nie mam pojęcia). Wpisałam więc w wyszukiwanie „luźne spodnie”, wybrałam swój rozmiar, odznaczyłam używane i kolor zielony. No i były. Kosztowały 19 złotych. W podobny sposób kupiłam wiele z moich ulubionych ubrań, ale to chyba temat na osobny post o perłach z internetu i o tym, jak szukać fajnych ciuchów na aukcjach.

Moim zdaniem białe trampeczki pasują do każdego zestawu kolorystycznego. Mogą być eleganckie, mogą być codzienne, jakoś podbijają każdą stylizację. W 9 na 10 przypadków są moim obuwiem pierwszego wyboru. 🙂

Buty to Vagabond od PanPablo. Mają już kilka lat i nadal wyglądają jak nowe, bo (jak wszystko, co mam od Pabla) są doskonałej jakości. Serio, znamy się od lat, kibicuję im od początku istnienia i nie zdarzyło mi się jeszcze wyrzucić NIC co mam od nich. Marki Vagabond już nie mają w ofercie, ale mają dużo ładnych, białych butów, które byłyby idealnym uzupełnieniem tej stylówki. Na przykład te (VEJA) albo te (Gola), a te mają identyczne wiązanie (Arkk Copenhagen).

I to by było na tyle. 🙂

Jeżeli macie jakieś pytania, albo chcielibyście przeczytać tutaj o czymś konkretnym, co was interesuje – piszcie w komentarzach. I koniecznie dajcie znać, czy też odczuwacie na wiosnę głód koloru?

To jest pierwsze zdjęcie w różowym żakiecie, jakie zrobił mi Wojtek. Jak widać róż świetnie łączy się z paskami i kolejnym wspaniałym kolorem – kobaltem. Nawiasem mówiąc, ta torebka YSL też jest second hand.

Tutaj – dokładnie rok temu – mam na sobie te same spodnie, te same buty i moją ukochaną zieloną bluzę, którą kupiłam w ciucharni jakoś koło roku 2000. Mimo prania i noszenia nie skurczyła się, nie zniszczyła, nadal wygląda ładnie. Taką kiedyś robiono bawełnę! 🙂 To jeden z wielu powodów, dla których warto kupować rzeczy używane – jeśli coś przetrwało długie lata i wygląda dobrze, to zapewne przez kolejne lata będzie służyć tobie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Joanna
Joanna
7 miesięcy temu

Moja mama ma bardzo podobny żakiet, w identycznym kolorze, z czasów…hmmm…tzw. głębokiego PRL-u – wtedy to chyba nawet nosiła jako garsonkę z pasującą spódnicą. Żakiet wciąż wygląda super, a ma już prawie 40 lat!
Białe buty – dla mnie jakiś taki trudny temat – kupiłam sobie w tym roku, bo ciężko znaleźć coś innego – moda na białe buty sportowe w pełni. Ale zastanawiam się, czy nie oddać tych moich do sklepu – moja praktyczna natura podpowiada mi, że za moment będą wyglądały po prostu na brudne, a nie mam ochoty codziennie ich myć. I tu pojawia się pytanie – czy Twoje BIAŁE trampki nosisz tylko po domu?! 😉 Chyba nie…więc naiwnie zapytam – co zrobić, żeby były wciąż takie ładne (oprócz codziennego ich szorowania?)
Co do second handów/lumpeksów, itd., zawsze z zazdrością patrzyłam na osoby, które umiały cokolwiek kupić w takich sklepach – ja wchodzę i od razu jestem chora, widząc nieskończoną ilość ubrań, często splątanych w tzw. koszach – nawet rozwieszenie ich na wieszakach w tych lepszych/większych sklepach nie pomaga – przeważnie wchodzę, przejdę się między rzędami i wychodzę…chyba nie są mi pisane takie zakupy…